Archiwum kategorii: Rozmaitości

Boli

Boli mnie bardzo. Nie wiem, czy to nerka, czy jakieś promieniowanie od kręgosłupa… Położyłam się spać koło 23, zdrzemnęłam do 24, a potem co godzinę wstawałam, usiłowałm cokolwiek zrobić, potem kładłam się, nie mogłam zasnąć, więc po godzinie wstawałam. I tak do 5. Nie pomógł ibuprom. Nie pomogło smarowanie żelem firmy KrauterhoF Maść końska. Zasnęłam dopiero po 5 rano, po 3 tabletce traumelu. Obudziłam się koło południa i to samo od początku. Ani stać, ani siedzieć, ani leżeć.
Już nie chcę, żeby bolało.


Po południu smarowanie innym żelem firmy KrauterhoF – Diabelski Pazur (przypomniałam sobie, że to ziele z Andów polecano na forum Borelioza). Nie wiem, na ile przeszło samo, a na ile pomogło smarowanie nim i kolejne pastylki traumelu. Ale przeszło. Jeszcze nie do końca, ale już chodzę, siadam – tylko kłopot ze wstawaniem i siadaniem. Ale to już betka.

Po deszczu


Od dawna już z dużym zniecierpliwieniem wysłuchuję wiadomości o kolejnych ulewach w Warszawie czy Łodzi i… podlewam, podlewam, podlewam. Zajmuje mi to co najmniej godzinę dziennie.
Dzisiaj spadł pierwszy od wielu tygodni deszcz – nie kilka kropel, ale prawdziwy deszcz. Mam dwa dni wolne od podlewania.
Czasami zdarza się, że zaciągną chmury, walą pioruny, ale o deszczu zapomnij. Kończy się w Duchnowie.
Dzisiaj jednak spadł deszcz. W ogrodzie święto. Trawa od razu szybciej rośnie. Wesoło się zrobiło wokoło.


Przekwitły jaśminy. Cały czas chodzi mi po głowie wiersz „Ogród” Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej:

Gdy wiosna zaświta,
jest w ogrodzie raz ciemniej, raz jaśniej
wciąż coś zakwita, przekwita.
Wczoraj kwitło moje serce. Dziś jaśmin…

Parno

No i po robocie. Fajrant.
Przynajmniej po tym etapie – bo wyraźnie zanosi się na więcej. Skoro tak, będę tym razem pertraktować kasę. W porządalu.
W domu super – odkąd poszłam na zaparte. Całe szczęście, bo grozić łatwo, ale realizować groźbę – wcale mi się nie uśmiechało. Ale pomogło. Sama jestem zdziwiona.
I dostałam ganek, ha! Jak trochę zarobię, może uda się jeszcze przerobić go na werandę… Ciągle brakuje mi światła wewnątrz. Teraz otwieram wrota na ościerz – i jest jasno. Prawie jak na Marymoncie. A gdy zamykam – ciemnica prawie jak na Noakowskiego.
Na razie mam ganek. Asa dostała nową budę (w starej wyraźnie się nie mieściła). Jeszcze szewrolecik dostanie wiatę – już się robi, – i wtedy będzie pora na dalsze modernizacje okienno-drzwiowe. Każda deska wygładzona, wypieszczona… Czy ja tego nie robię za dokładnie?
Ten facet jest bardzo zdolny. Złote ręce. Choleryk, który tworzy cuda. Cóś za cóś. Emocjonalnie niedorozwinięty – jak większość moich mężczyzn (to świadczy o mnie też nie najlepiej). Ale za to indywidualista z osiągnięciami.

Fedruję

Odkładałam, odkładałam… Myślałam, że się wymigam z tej ostatniej, najgorszej części zlecenia (nawet kosztem paru złotych), ale się nie udało. Muszę to zrobić. Może dostanę za to jakąś dodatkową kasę… I tak robię to niechętnie. Trudno. Za to zleceniodawcy są szalenie sympatyczni. Żeby ktoś mi się napraszał z zaliczką „bo tak głupio dosyłać robotę bez pieniędzy” – dawno mi się nie zdarzyło.
Właściwie na nic innego nie mam czasu.
Tomek znowu ma jakieś swoje okresy, trudne dla mnie do zniesienia.
Dziczeję powoli.
Jutro Eluta przyjeżdża – przynajmniej pogadam z kimś normalnym. Może leśnicy zjadą na niedzielę…

Znowu choruję

Muszę się poskarżyć, bo mi źle. Od tygodnia dokuczają mi oskrzela. Oskrzela najbardziej, ale nie tylko. W ub. tygodniu miałam stan podgorączkowy i dreszcze. Zimno. Teraz jeszcze tylko charczę. Tylko? Już od tego kaszlu boli mnie wszystko. Główka pęka w szwach. Podczas kaszlu trzymam się za żebra, bo czuję, że mnie rozsadzi. Nie umiem tego inaczej określić.
No i te leki. Muszę sobie to uporządkować, bo już się gubię:

  • Syrop prawoślazowy mi się skończył (125 g). Chyba nic nie pomógł.
  • Syrop z majowych szyszek sosnowych przynosi krótkotrwałą ulgę.
  • Syrop tymiankowy – dzisiaj zaczęłam. Przyniósł ulgę. Zobaczymy, jak będzie dalej.
  • Aspirin C – wzięłam kilka razy, minął stan podgorączkowy, więc przestałam. Na kaszel nie pomaga.
  • Pectosol – pomaga, choć ohydne.
  • Cholinex (cukierki do ssania) – nic nie pomaga
  • Otrivin – pomaga na przepchanie nosa.
  • Propolis biorę cały czas.
  • Nalewkę czosnkową też.
    Nie mam pomysłu na leczenie. Nie zamierzam na razie iść do lekarza – za grosz nie mam zaufania do tutejszych. Wolę sama poobserwować obolały organizm i jego reakcje na to, co mu aplikuję. Ja mam na to więcej czasu od lekarzy i dokładniej siebie znam.
    Podejrzewam te pitolone krętki. Nie to, że mam obsesję. Podejrzewam, bo ten kaszel jakiś taki dziwny. Nie raz chorowałam na gardło, ale teraz jest jakoś inaczej. Tak aż do płuc. Jeszcze pomyślę.
    Teraz jedziemy do sklepu.


    Zajechaliśmy do Zielarki. Kupiłam od niej 5 ziół. Już zaparzyłam i wypiłam. Przydał się czajniczek od Waci. Nawet było smaczne. Może ulży nieco.

  • Liść babki lancetowatej
  • Kwiatostan lipy
  • Liść podbiału
  • Ziele tymianku
  • Kwiat malwy czarnej z kielichami
    Tylko tego ostatniego nie znam.
    Babka lancetowata i podbiał rosną tu przy drodze. No i dobrze.